Chcesz pomóc, ale nie wiesz, od czego zacząć? Sprawdź listę artykułów do rozszerzenia lub zilustrowania czy potrzebnych zmian.

Hello there! We are conducting a survey to better understand the user experience in making a first edit. If you have ever made an edit on Gamepedia, please fill out the survey. Thank you!

Minecraft: Wyspa

Z Minecraft Wiki Polska
Skocz do: nawigacja, szukaj
Minecraft: Wyspa
Minecraft Wyspa okładka.jpg
Autor

Max Brooks

Twórca okładki

Ian Wilding

Kraj

Polska

Język

Polski

Gatunek

Fikcja

Miejsce akcji

Minecraft

Wydawca

Del Rey Books

Planowana data
wydania tłumaczenia

24 października 2018

Wydana na świecie

18 lipca 2017

Typ mediów

Druk, Cyfrowy

Ilość stron

220

Format

15cm x 22.5cm

ISBN

978-83-287-0963-8

OCLC

976794934

Minecraft: Wyspa to powieść amerykańskiego pisarza Maksa Brooksa opublikowana przez wydawnictwo Del Rey Books. Premiera angielskiej wersji miała miejsce 18 lipca 2017 roku. Książka jest nadal w trakcie tłumaczenia i można ją zobaczyć na tej stronie. Oryginał jest dostępny do kupienia pod tym adresem.

Streszczenie[edytuj | edytuj kod]

Samotny rozbitek wyrzucony na plażę rozgląda się z ciekawością. „Gdzie ja jestem? Kim jestem? Dlaczego wszystko wokół jest zrobione z bloków?” Nie ma czasu, by się nad tym zastanawiać. Robi się ciemno, trzeba znaleźć schronienie i coś do jedzenia! A jednocześnie uważać, żeby samemu nie stać się pożywieniem dla groźnych zombie, które pojawiają się po zapadnięciu zmroku. Następne zadania to budowa domu, ucieczka przed uzbrojonymi szkieletami i falą rozżarzonej lawy. Jedynie prawdziwy śmiałek poradzi sobie w sytuacji, gdy do dyspozycji ma tylko prymitywne narzędzia!

W świecie Minecrafta liczą się odwaga i kreatywność. Tylko dzięki nim da się poznać liczne sekrety, które kryje wyspa. Można eksplorować lasy i pozyskiwać z nich różne surowce, w podziemnych tunelach czekają skarby. Czasem trafią się moby, które trzeba pokonać.

Fabuła[edytuj | edytuj kod]

Rozdział 1: Nigdy się nie poddawaj[edytuj | edytuj kod]

Tonę!

Obudziłem się po wodą, głęboko pod wodą; to była moja pierwsza trzeźwa myśl. Chłód. Ciemność. Gdzie była powierzchnia? Rzucałem się we wszystkie strony, próbując wypłynąć ponad lustro wody. Wykręciłem się i odwróciłem - to wtedy je zobaczyłem. Światło. Blade, przytłumione i odległe.

Instynktownie popłynąłem w jego kierunku i zaraz zauważyłem, że woda zaczęła się robić jaśniejsza. To musiała być powierzchnia, słońce.

Ale jakim cudem słońce mogło być... kwadratowe? Musiało mi się przywidzieć. Może jakieś załamanie światła.

Kogo to obchodzi! Ile zostało mi powietrza? Muszę tam dotrzeć. Podpłynąć!

Moje płuca zapłonęły. Malutkie bąbelki uciekające z moich ust ścigały się ze mną - płynącym w kierunku odległego światła.Kopnąłem i ciąłem rękoma powietrze jak zwierzę w klatce. Wtedy dojrzałem fale na powierzchni, zbliżały się do mnie z każdym desperackim odepchnięciem się od wody. Były bliżej, ale nadal tak daleko. Moje ciało cierpiało, a płuca piekły. Wyskoczyłem wpadając w chłodne i czyste powietrze.

Płynąć! PŁYNĄĆ!

KRACH!

Zwinąłem się, po tym, gdy nagle poczułem ból uderzający od palców do oczu. Moje usta rozwarły się wydając stłumiony krzyk. Sięgnąłem ku światłości, ku powietrzu, ku życiu.

Wyskoczyłem wpadając w chłodne i czyste powietrze.

Kaszlnąłem. Odkrztusiłem wodę. Zarzęziłem. Zaśmiałem się.

Oddech.

Przez chwilę cieszyłem się doznaniami, zamykając oczy i pozwalając słońcu ogrzać moją twarz. Ale kiedy otworzyłem je z powrotem, to nie mogłem im uwierzyć. Słońce było kwadratem! Silnie mrugnąłem. Chmury też? Zamiast krągłych, puszystych, wełnianych kuleczek, nade mną leniwie poruszały się prostokąty.

Znowu masz jakieś widzenia - pomyślałem - Uderzyłeś się mocno w głowę, kiedy spadałeś z łodzi i teraz jesteś trochę zamroczony.

Ale czy ja rzeczywiście z niej spadłem? Nie mogłem sobie tego przypomnieć. Tak naprawdę nie mogłem sobie przypomnieć niczego. Ani jak się tu dostałem, ani gdzie jest tu.

„Na pomoc!” - zawołałem, rozglądając się wokół horyzontu w poszukiwaniu statku, albo samolotu albo chociaż kawałka lądu.

„Błagam, ktokolwiek! Obojętnie kto! POMOCY!”. Odpowiedziała mi cisza. Mogłem dojrzeć tylko wodę i niebo.

Byłem sam.

Prawie.

Coś chlupnęło kilka centymetrów od mojej twarzy, jakieś macki i masywna, czarnoszarawa głowa.

Pisknąłem wyrzucając się w tył. To coś wyglądało jak kałamarnica, ale kwadratowa - tak, jak wszystko inne w tym dziwnym miejscu. Jej macki, odwróciwszy się w moją stronę, rozwarły się szeroko. Gapiłem się wprost w rozdziawioną, czerwoną paszczę, a w niej zęby - małe, ale ostre jak brzytwa.

„Spadaj stąd!” - ryknąłem. Usta miałem suche, a serce moje tłukło jak szalone. Odpłynąłem niezdarnie od istoty. Nie musiałem. W tej chwili macki się zamknęły, wyrzucając kałamarnicę w przeciwnym kierunku.

Przez chwilę unosiłem się pionowo na wodzie, obserwując to, jak zwierzę zanikało w otchłani oceanu. Wydałem wtedy długie, chrapliwe i odprężające "ufff".

Wziąłem kolejny głęboki oddech, potem jeszcze jeden, a następnie parę kolejnych. W końcu moje serce się uspokoiło, moje kończyny przestały dygotać i po raz pierwszy - po moim przebudzeniu - mózg zaczął pracować.

„Dobra” - powiedziałem na głos - „Jesteś na środku zalewu czy oceanu czy czegoś tam. Nikt nie płynie ci na ratunek, a nie możesz wiecznie dryfować po wodzie”.

Powoli odwróciłem się o 360 stopni, licząc na to, że ujrzę jakieś wybrzeże, którego wcześniej nie dostrzegłem. Pusto. Zrozpaczony, zerknąłem po raz ostatni na niebo. Zero samolotów, nie było nawet ani jednej białej, cienkiej smugi. Gdzie na niebie nie ma takich smug? Może w miejscu, gdzie słońce jest kwadratem, a chmury są prostokątne.

Chmury.

Zauważyłem, że poruszały się w jednym kierunku, w przeciwnym od wschodzącego słońca. Na zachód.

„Dobre i to” - powiedziałem, wzdychając, i zacząłem powoli płynąć na zachód.

Trochę to trwało, ale pomyślałem, że wiatr może mi trochę pomóc, a przynajmniej mnie nie spowolni. A gdybym płynął na północ lub na południe, powiew mógłby powoli prowadzić mnie po łuku, więc skończyłbym na kręceniu się w kółko. Nie wiedziałem, czy to była prawda. Nadal nie wiem. No, bo bez jaj, właśnie się obudziłem, prawdopodobnie z jakimś ogromnym urazem głowy. Odzyskałem przytomność na dnie oceanu i starałem się naprawdę, naprawdę mocno, żeby nie skończyć tam z powrotem.

Po prostu nie zatrzymuj się, powiedziałem sobie. Skup się na tym, co jest przed tobą. Zacząłem zauważać, jak dziwne było moje "pływanie". Nie: odepchnięcie, pauza, odepchnięci, ale raczej szybowanie po wodzie z moimi kończynami gotowymi do jazdy.

Zwalałem to na uraz głowy, starając się nie wyobrazić sobie jego powagi.

Przynajmniej dobre było to, że nie czułem się zmęczony. Czy pływanie nie powinno być wyczerpujące? Czy twoje mięśnie nie zaczynają boleć i nie zwalniają po jakimś czasie? Adrenalina, pomyślałem, i starałem się nie wyobrażać sobie wyczerpujących się awaryjnych zbiorników gazu.

Ale tak się stanie, prędzej czy później. Stracę parę, zdrętwieję, zacznę deptać po wodzie, aż w końcu przestanę i będę się po prostu unosił. Oczywiście próbowałbym odpoczywać falując to w górę, to w dół, ale jak długo bym wytrzymał? Jak długo by zajęło, zanim kompletnie bym się wyziębił? Jak długo bym musiał szczękać zębami, trząść się z zimna, zanim bym z powrotem wrócił do tej ciemnej, głębokiej otchłani?

„Nie tak szybko!” - wyrzuciłem z siebie - „Jeszcze się nie poddałem!”

To wystarczyło, aby mnie zupełnie ożywić - „Skup się! Nie przestawaj!”

I tak też zrobiłem. Płynąłem całą siłą woli. Również starałem się być super uważny tego, co się dzieje wokół mnie. Może i nawet dostrzegłbym jakiś maszt łodzi albo cień helikoptera, ale przynajmniej może zapomniałbym o moim losie.

Zauważyłem, że woda była spokojna, a to dawało mi powód do zadowolenia. Brak fal równał się brakowi oporu, co z kolei oznaczało, że dopłynę dalej, prawda? Również dostrzegłem, że woda była świeża, niesłona, co znaczyło, że nie jestem w oceanie, tylko jeziorze, które jest zazwyczaj mniejsze. W porządku, duże jezioro jest tak samo niebezpieczne, jak ocean, ale co ci do tego, że próbuję patrzeć na tę jaśniejszą stronę sytuacji.

Dostrzegłem, że dno jest widoczne. Było głęboko, można by było zanurkować na głębokość biurowca, i nie dostrzec powierzchni, ale nie ten zbiornik wodny nie byłe bezdenny, tak jak na oceany przystało. Spostrzegłem też to, że nie dno nie było płaskie. Była tam masa różnych górek i wzniesień.

Wtedy właśnie, po mojej prawe stronie, objąłem wzrokiem teren wznoszący się coraz wyżej i znikający za horyzontem. Czy wynurzył się ponad powierzchnię? Skręciłem na północ, właściwie chyba na północny zachód i popłynąłem w prostej linii w kierunku wzniesienia.

I zanim się spostrzegłem, spod ziemi wyrosła podwodna góra. Za kilka sekund wydało mi się, że widzę jej czubek wynurzony ponad lustro wody.

To musi być ląd - uznałem - próbując nie tracić nadziei. - W sumie to może jest jakieś złudzenie, załamanie światła, albo efekt mgły albo...

Wtedy ujrzałem drzewo. Przynajmniej tak mi się zdawało, bo z odległości wszystko mogło tworzyć zieloną, kanciastą masę przyczepioną do brązowej linii. Podniecenie napędzało mnie jak torpedę. Oczami zwróconymi przed siebie niebawem zobaczyłem inne drzewa rozsypujące się na spalonej słońcem plaży. A potem, nagle, zielonobrązowy stok wzgórza.

„Ląd!” - wykrzyknąłem - „LĄĄĄD!”.

Galeria[edytuj | edytuj kod]